|
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Brat mój przyniósł do domu książkę SAM ZBUDUJ ŁÓDŹ... no i się zaczęło. Najpierw wybraliśmy sobie TRAMPA Norberta Patalasa, a pół roku później w maszoperii kleiliśmy Plastusia-Asimetric... z laminatu p/s. Po roku łódka była na ukończeniu, po cichu snuły nam się marzenia wyjazdu na Mazury. Plastusia nazwaliśmy TRAMP-em, zaczynały się wakacjo-urlopy. Koledzy kupili Ramblera do wykończenia i powstał wspólny plan wyjazdu na WJM i spływu rzekami do Poznania. Tadek zaglądał do PSK i szukał okazji dla dwóch łódek do Giżycka. Ja kończyłem malować łódkę. Zaczynał się lipiec i nic nie wskazywało na to, że nasz plan się powiedzie. „Polował” już dwa tygodnie na okazję. Pojechałem z nim do biura i pytaliśmy kierowców, czy nie jadą w stronę Mazur. Uśmiechy politowania mówiły lepiej niż słowa. Klapa... I wtedy podjęchał Jelcz z przyczepą - pusty! - i w okienku zgłosił pusty przebieg do Olsztyna. - Do Olsztyna!? Negocjacje trochę trwały krótko, ale chwilę później siedzieliśmy w szoferce ciężarówki, mknącej w stronę Kiekrza. Pan kierowca był przekonany, że będzie szybki załadunek i wio! A tu należało spakować siebie i dwie łódki, przy czym o ile Plastusia wrzuciliśmy na skrzynię łatwo, to „NI PSA NI WYDRĘ” Tadzia się nie dało... Był piątek (!). Panu się spieszyło, kolega odpalał Saluta i przepływał kilka klubów dalej - pod dźwig. Ja w tym czasie kombinowałem, którędy się przedostać i jak tam wjechać Jelczem z przyczepą... Wąską uliczką Wilków Morskich należało wsunąć się pomiędzy potężne cokoły bramy wjazdowej, po coraz bardziej stromej jezdni. Kierowca patrzył w lusterka boczne, cofał - ledwo się mieścił - i trach! Klamka skrzyni zahaczyła o bramę, ta pociągnęła cokół, a ten oparł się na ciężarówce. - Jasna cholera!!! Tylko mi tego brakowało! K.... jego m..! - usłyszałem i zobaczyłem jak wyskakuje z szoferki. Patrzymy na cokół, który ważył chyba z tonę i konsternacja. Nie wiem skąd, ale znalazła się jakaś deska, drut, czy sznurek i za chwię cokół był przywiązany do płotu, a „gruzawik” turlał się w dół ku dźwigowi. Całą noc jechaliśmy ze swoimi łódkami na wielką wyprawę. Było fantastycznie. Pan kierowca odzyskał humor, a my opowiadaliśmy mu co się dało, żeby nie zasnął. Kierowca też opowiadał, a to jak się mu wiedzie, na czym pływał i gdzie mieszka. Właśnie wjeżdżaliśmy do jego Mrągowa. Świta, Jelcz przejeżdża przez miasto, my patrzymy na mapy, którędy do Giżycka, no i czy zdążymy przed 8-ą, bo dźwig w porcie węglowym bywa tam tylko do ósmej. Dochodziła siódma. Pan z coraz większym uśmiechem na twarzy zatrzymuje wóz koło bazy transportowej, wyłącza silnik i oznajmia: - No to na dzisiaj koniec jazdy. Idę do domu się wyspać, a wy poczekajcie do poniedziałku. Tylko bądźcie gotowi bo ja startuję o 6-j rano. Wolna sobota dzisiaj, nie pracujemy. Niedziela też była wolna. Dwa dni wakacji... W poniedziałek obudził nas gwar wokół samochodu. Tłumy ludzi spieszyły do roboty, a my pogięci spogladamy przez okienka swoich jachtów i zastanawiamy - co się dzieje? Niektórzy z ciekawości zaglądaja na przyczepę, gdzie kolega już wstawia wodę na herbatę. Odpala zapałkę i bucha półmetrowy ogień w narożniku przyczepy! Uszczelka... Koc tłumi ogień. Sytuacja opanowana. Robi sie pusto i nagle wyrasta jak spod ziemii Pan kierowca. - To co ruszamy dalej czy zrzucamy tutaj, bo ja za dwie godziny muszę być w Olsztynie na bazie... Pojechaliśmy. Do portu wjechaliśmy o 8:30. Dźwigu już nie było... On Tue, 21 Apr 2009 07:44:20 -0700 (PDT), m.j.sziwa@neostrada.pl:
Dźwigu już nie było...Kierowca odhaczył przyczepę. Jelczem podjechał na skraj nabrzeża. Otworzył klapę i... oznajmił, że jak dźwigu nie ma to on sam może wy......... łódki do wody, jeśli my nie mamy na to sposobu. Naprawdę był zdeterminowany. Kolega poprosił o chwilę cierpliwości i ruszył w miasto szukać innego dźwigu. Ja zająłem się bambetlami. Po chwili Tadek wrócił bez dźwigu, ale wynegocjował jeszcze kwadrans zwłoki w czasie i zniknął za zabudowaniami dworca. Minął umówiony czas i przewoźnik wszedł na pakę, przymierzył się do dziobu TRAMPA i stęknął: · O tego to mogę sam , raz, dwa, co? - Może zacznijmy od tego drugiego. - zagaiłem. - A czemu, ten jest lekki. Już go mogę zepchnąć. HA, ha, ha... - Szkoda fatygi. Chyba mamy dźwig... - Dźwig? Gdzie? Z za ceglanego budynku wybiegł Tadek, machał ręką i krzyczał, żeby zaczekać! Za nim grupa mężczyzn w czarnych uniformach, nieco umorusani, ale uśmiechnięci... Obok sierżant w moro. - Cicho. To pluton pancerniaków, których znalazłem na rozładunku węgla. Jedyni w okolicy. Oni zdejmą i zwodują Ramblera i Plastusia. - Jak ich namówiłeś do tego? - Obiecałem im zapłatę... Panowie! Najpierw tę łódkę dla rozgrzewki - łatwo pójdzie, bo jest ze sklejki. Po czterech z każdej burty - reszta na dole odbiera na wysokich rękach i powoli na wodę... Obie łódki były już na wodzie. Kierowca oszołomiony. Dowódca plutonu podchodzi po należność, za nim bohaterowie dnia i mówią, że to im się należy... Sierżant odbiera zawiniątko i słyszy: - Dla każdego po dwa, a dla szefa dziesięć. Proszę bardzo i serdecznie dziękuję. Bez waszej pomocy... Jeszcze raz dziękujemy. Oddział otoczył sierżanta, ten zrobił zbiórkę i odmaszerowali na bocznicę. · Ile im zapłaciłeś? - spytałem. · Coś ty - dwie paczki Sportów dostali... Był rok osiemdziesiąty pierwszy. Wszystko na kartki, a my zaczynaliśmy swoją pierwszą, prywatną przygodę na WJM. On Wed, 22 Apr 2009 07:05:33 -0700 (PDT), m.j.sziwa@neostrada.pl:
Trzeci TRAMP.TRAMP i NI PIES NI WYDRA stały już przy pirsie pomiędzy innymi jachtami. Tadek wybierał się do Węgorzewa, a ja na południe... Miałem tydzień czasu na samotne pływanie! Spotkałem Irzinka, który klubowym CONRADEM, z dwoma studentkami socjologii na pokładzie, rozpoczynał swój dwutygodniowy rejs i kurs na południe był mu po drodze. Spytałem go czy płynął kiedyś na Śniardwy przez przewózkę do Okartowa, bo przecież tamtędy bliżej. · Ale czy szybciej, ha, ha? - odparł Jurek. · Jak bliżej to i szybciej, no nie. · A jak nie trafimy na przewoźnika, to trzeba wracać na Niegocin i cztery dni stracone. · A widoki na Buwełnie? Byłeś tam... może warto? · Nie byłem - płyniemy na Buwełno. Co będzie, to będzie! CONRAD oddał cumę, wybrał grota i pomknął. Ja spojrzałem na jezioro i nogi mi się ugieły. · Jasny gwint, przecież to morze dla TRAMPA. Jak to przepłynąć? Półmetrowa fala i wieje... · Dasz radę Mirek. Poczujesz co to jest prawdziwa wolność! - usłyszłem Tadka, który trzymał moją cumę w ręce. · Rzucaj. Jego rozbawiona twarz dodała mi otuchy. Wyciągnałem się na kotwicy do tyłu. Grocik chwycił wiatr i pociągnąłem wzdłuż ruf cumujących jachtów. Zza pirsu wypłynął statek żeglugi i zabuczał tuż przed moim dziobem... · Postaaaw fookaaaaa! - usłyszałem gdzieś z tyłu Tadzika. Foczek poszedł w górę, łódka weszła w lekki przechył i dalej już się nie kładła. Ooo. Dziób ciął falę. Giżycko pozostawało za rufą. Zapach wodorostów, wiatr we włosach. Ależ to jest wspaniałe! Sprawdzałem wzrokiem żagle, maszt, ściągacze na wantach. Przez myśl przechodziły mi wszystkie zawleczki, od których teraz zależało moje życie! Ster pracował lekko, a łańcuch od miecza po prostu śpiewał... Zaparłem się nogą o kokpit, plecy wygiąłem nieco za burtę i podebrałem grota i foka (dwa fały w jednej ręce). TRAMP przyspieszył, a ja poczułem, że frunę. Co za uczucie? Co za łódka? Ale jazda... · Stefanie Workercie! Dzięki Ci za Plastusia Asymetrik! I książkę Sam zbuduj łódź. 60 kg balastu na dnie łódki robiło swoje. Żegluga stała się zabawą... Dużym łukiem Minąłem Grajewską Kępę i zbliżałem się do CONRADA, który znalazł wejście do Jez. Niałk Duży. Wąski przesmyk w trzcinach i mała zatoczka bez wiatru. Pod trzcinami, w cieniu drzew żaglówka. Drewniana ze sklejki, bawełniane żagle zrzucone z patyka, a w kokpicie długowłosy żeglarz - samotnik. · Ahoj żeglarzu! W którą stronę płyniesz? Może wiesz czy przewózka jest czynna w tym roku? - spytaliśmy razem... · Nie wiem, jeszcze tam nie byłem. Dopiero co wpłynąłęm i szukam coś do jedzenia. Ale płynę w tamtą stronę... · To popłyńmy razem w trzy łódki. · Taaak? Fajnie. - odparł z radością samotnik. Gdy wciągnął grota na drewniany maszt, na jego topowym brycie ukazał się znaczek... TRAMPA. · Czy to jest prawdziwy Tramp??? - spytałem nie wierząc w to co widzę. · Tramp. Zrobiłem go razem z bratem. Wisłą spłynąłem nim do Warszawy, a teraz jestem tutaj. Nie macie czegoś do jedzenia?? Nie jadłem nic od rana... · Maamy... On Thu, 23 Apr 2009 05:00:33 -0700 (PDT), m.j.sziwa@neostrada.pl:
Jez. Wojnowo przywitało nas wiatrem w rufy. Żagle dostały
luz, a łódki ruszyły z impetem do przodu. Rynnowe jeziorko
trzymało wiatr w osi. Sklejkowy TRAMP ustawił żagle na motyla,
sternik stanął plecami do wiatru i tyle było go widać! O dziwo nie
trzymał w ogóle steru... Słońce rozświetlało białe żagle,
a on sunął niczym na rydwanie. Co za widok!!Później okazało się, że miał rumpel na gumach uwiązany. Sztukmistrz. Gdzieś koło Ogródków stanęliśmy na nocleg, wspólna kolacja szybko zniknęła. Śniadanie również... i dopłyneliśmy nieśmiało do końca jeziora. Trochę głupio się robi w takim momencie - tym bardziej, że żadnej przewózki nie było widać... Cierzpięty to mała wioska, ale jest kogo popytać. Irzynek zbadał ślady na brzegu i coś zauważył. · Są ślady kół. Dzisiejsze, albo wczorajsze... Trzeba się rozejrzeć. - oznajmił wszystkim. Koleżanki zostały przy „flocie”, a my - tropiciele wozaka poszliśmy pod piaszczysta górę, aż do lasu. · Jedzie! Jedzie wóz, chyba przewoźnik, bo jedzie pusty. - rzucił pierwszy tropiciel. · Przydałaby się rolnetka, co? - ktoś dodał. Za chwilę drewniany wóz był już w wodzie. Chłop krzyknął do konia: prrry. Koń parsknął i się zatrzymał. · To, co te trzy łodzie chcecie do Tyrkła? - spytał z uśmiechem. · Przydałoby się. A konik uciągnie? Pod taką górę??? · Nie takie my tu wozili. Uciągnie, uciągnie. Którą to najpierw, bo czasu szkoda? · To może CONRADA najpierw, trochę ciężki, zobaczymy czy się uda... Udało się to za mało powiedziane. Prawa fizyki są nieubłagane. Ciężar rozłożony na cztery duże koła z oponami. Osie dobrze nasmarowane i woźnica, który wie co robi. W dwie godziny łódki były z drugiej strony lasu. Pan „przedsiębiorca” zadowolony, a żeglarze na skraju euforii. Niemożliwe stało się możliwe! Piękne jeziorko Tyrkło żegnało nas lasem, właśnie pojawił się most w Okartowie, z którego... dzieciaki skakały do wody (!). Słońce, lato i wiatr. Żyć nie umierać. I wreszcie Śniardwy. Gdybyśmy wybrali klasyczny szlak żeglugowy, to łódki byłyby dopiero na Tałtach. I nie spotkałbym trzeciego TRAMPA. Czasami warto iść na skróty. On Fri, 24 Apr 2009 09:35:20 -0700 (PDT), m.j.sziwa@neostrada.pl:
EL DORADO„...Wiatr słaby i umiarkowany z kierunków wschodnich. W czasie burz silny i porywisty...” Lato z Radiem podało pogodę przez radyjko Biwak. Dzioby jachtów wpłynęły na „przestwór oceanu” mazurskiego. Zatoka Okartowska odsłaniała panoramę horyzontu. Woda i tylko woda. Coraz więcej wody. Żagle leniwie wychyliły swoje liki na boki, miecze uniesione do góry i plusk, plusk, plusk. Sielanka. Pogoda podpuszczała nas coraz bardziej... · Gdzie płyniemy, do Pisza czy do Rucianego?? - rzucił Jurek przybliżając bliżej burtę. · Przy tej pogodzie możemy do Pisza, z nocowaniem na Czarciej, ale popłyńmy najpierw w stronę Łuknajna i zobaczymy czy coś się zmieni. - odparłem. · A może chcesz jedną załogantkę na Plastusia? - ciągnął Irzynek. · Eee, na Śniardwach? Zagada mnie... · Właśnie dlatego jednej bym się pozbył! Ha, ha. Od rana ciągle gadają. Przy tym wietrze zbędny balast. Ha, ha! - kontynuował. · Dzięki - mam balst. Płynę sam... · A dasz radę? - spytały załogantki. Rozejrzałem się dookoła i odparłem: · Spokojnie jest. Fajnie się płynie. Mówię wam, ale to jest frajda! Dzięki. Może innym razem... Na CONRADZIE podebrano żagle, bo dmuchnęło z boku. Ja też podciągnąłęm foka, ale szot wymknął mi się z ręki i wiatr uciekł ode mnie. Puściłem rumpel na chwilę i pobiegłem do masztu odhaczyć szot z knagi fałowej. Wracając jedną ręką wybierałem foka, a druga sięgałem po rumpel, ale ten skrecił na burtę, a łódka odpadła od wiatru i nabierała prędkości i przechyłu... · Balast! - krzyknąłem do siebie i dopadłem rumpla. Kontra sterem, luz na foku i wracam na kurs. · Wow! Co to było? - spytałem sam siebie i rozejrzałem się wokół. Noo, żagle podebrałem, ster w dłoni, a wiatr sobie poszedł. Flauta. Chciałem zagadać do CONRADA, ale oni 100 metrów z przodu... Poza tym żadnych żagli nie widać. · Ale poszli. Trzeba by ich podgonić.- pomyślałem i podciągnąłem grota. Raz dmuchało, raz nie dmuchało. Ale moi przyjaciele oddalali się coraz bardziej i wybrali kurs na wyspy, czyli środek jeziora. Popłynąłem i ja. Dalej od brzegu łódka miała nieco więcej wiatru i śmiało ciągnęła. Słońce grzało coraz bardziej, czapeczka zanurzana w zaburtowej wodzie dodawała otuchy. TRAMP radził sobie coraz lepiej. Z mapą pod ręką, na której były nakropkowane podwodne kamienie - największa atrakcja Śniardw - spoglądałem w głębię jeziora i widać było coraz więcej roślin, a nawet fragmenty dna. Nie mogłem sięgnąć do kabiny po coś do picia, bo rumpel zaraz myszkował. Przypomniał mi się ster na gumach samotnika z Trampa... Kawałek linki uwiązany w środku za koniec rumpla węzłem wyblinkowym i dwa wolne końce uwiązane do knag rufowych. Musi zadziałać. Zadziałało, a ja stanąłwszy w kokpicie, rozejrzałem się wokół i zdałem sobie sprawę z tego, że jestem naprawdę samotnikiem. Łódka płynie sama, nie trzeba sterować, poluzowane nieco żagle ciągną, a ja mogę wejść do kabiny! Ale to jest wspaniałe uczucie. Mogłem trochę poszperać pod kojami i wyszukać to co chciałem mieć przy zejściówce. Znalazła się i lornetka, i aparat no i oczywiście picie. Coś na ząb też było. Stojąc znów w kokpicie sprawdziłem czy wszystko jak należy i przysiadłem z wrazenia. Doganialiśmy CONRADA!! Odkapslowałem jakiś regionalny napój gazowany i wlewając powoli do gardełka pomyślałem: ale EL DORADO! On Fri, 24 Apr 2009 14:40:14 -0700 (PDT), m.j.sziwa@neostrada.pl:
Duży biały jacht o rasowych kształtach mknął po jeziorze
prosto na nas. Był jeszcze daleko. Miał żagle ustawione na motyla.
Bakdeck, żadnej nadbudówki. Czerwone antypoślizgi. Błyszczący w
słońcu takielunek. Reling dookoła pokładu, a ten jakby uniesiony nad
kadłubem...· Co to jest? Kabriolet czy co? - pojawiły się pytania w myślach. Był coraz większy. Pruł fale niczym statek żeglugi mazurskiej. Wszystkie Oriony, El Bimba, Neshe,Venuski i Gigi przestały istnieć. „Zniknęły z jeziora”. Na tle horyzontu drzew i ruin hotelu na wyspie w Mikołajkach był tylko ten jeden jacht. Spojrzałem przez „długie oczy”, żeby dostrzec, że zwieńczenie burt z pokładem pokrywał szeroki, czarny pas płynnie opadający na rufie w stronę wody. Pod nim dwa wąskie paski: czerwony i żółty. Na dziobie, po obu stronach burt, na czarnym tle widniał nieczytelny jeszcze złoty napis. · Ale maszyyna! Co za jacht! - chciałem zakrzyczeć. A on sunął coraz szybciej. Wiatr niósł go jak szybowca na skrzydłach. Robił się coraz większy. Już gołym okiem mogłem dostrzec jego szczegóły, okucia, drobiazgi - nawietrzniki niczym uszy hipopotama... Dzieło sztuki jak na aukcji. Właśnie był na moim trawersie, spływając rufą z fali, którą sam wytwarzał... Wreszcie odczytałem jego nazwę... „El Dorado”. A na dole prawej burty - tuż nad linią wody: SKRZAT 700. XXI wiek przepłynął mi przed oczami. 20 lat przed terminem... Dla pl. rec.zeglarstwo, z pokładu s/y TRAMP, na Jeziorze Mikołajskim, w woj. suwalskim, w XX wieku Mirosław J. Sziwa. |